sobota, 26 sierpnia 2017

Uścisk miłości

Oratorium to niezwykłe miejsce. Beztrosko bawiące się dzieci, młodzież grająca w piłkę. Ten czas sprawia, że choć na chwilę zapominają o otaczających ich świecie    i problemach. Czas staje w miejscu.




Kiedy przychodzimy wszystkie dzieci, jak na zawołanie przerywają swoje zabawy. Ich oczy jeszcze bardziej się rozpromieniają. Biegnąc wykrzykują nasze imiona. Starają się jak najszybciej znaleźć u naszego boku. Każde dziecko chce się do nas przytulić, złapać za rękę. Kiedy bierzmy je na ręce wtulają się w nas jak w mamę. Zaciskając swoje małe rączki na naszej szyli, a nóżki na plecach. Ten uścisk to uścisk miłości. Jest tak mocny, że nawet nie ma potrzemy podtrzymywania ich. Jest tak pełen miłości, że nie ma się ochoty go przerywać.





Czas, który spędzamy w oratorium jest najpiękniejszym czasem. Dzieci i młodzież nie potrzebują wiele. Czasami wystarczy tylko przy nich posiedzieć, przytulić.       Po prostu z nimi być. Prowadzone przez nas zabawy sprawiają dzieciom ogromną frajdę. Wystarczy przywiązany do sznurka balon i zacząć z nim biec. Nim się obejrzymy to za nami biegnie gromadka dzieci. Największą radość sprawia im moment kiedy balon pęka. Chwile później siadam z nimi na ziemi i rozdaje kartki   i kredki. To czas na puszczanie wodzy fantazji. W tym samym czasie Martyna bierze igłę i nitkę. Dzieci chętnie przychodzą aby pozaszywać dziury, poodpruwane rękawki. To sprawia, że czują zauważone.





Co chwile zadziwia mnie ich niezwykła kreatywność w tworzeniu różnych zabawek. Skakanka zrobiona z kolorowych plastikowych kółek od butelek. Samochód z drutu z kręcącymi się kółkami i układem hamulcowym.  





Najtrudniejsze są wieczorne rozstania. Dzieci kilkakrotnie do nas podchodzą,     aby na nowo się  przytulić i pożegnać. Nie chcą opuszczać tego miejsca. Miejsca gdzie czują się bezpieczne, kochane.                                                                                           
                                                                                                                                                   

                                                                                                                     Agnieszka

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Nasza codzienna niecodzienna praca

Wyjeżdżając na wolontariat misyjny miałyśmy wiele wizji, w jaki sposób będziemy mogły pomóc. Przede wszystkim chciałyśmy wykorzystać nasze umiejętności, rzeczy na których się znamy. Dlatego przywiozłyśmy ze sobą mnóstwo kredek, farb, przyborów szkolnych, a także leków, opatrunków, trochę sprzętu medycznego.

Agnieszka studiuje biologię, zna się bardzo dobrze na ogrodnictwie, ma podejście do dzieci, do tego jest prawdziwą artystką. Ja natomiast, jako studentka medycyny, znam się nieco na badaniu podmiotowym i przedmiotowym. Jeszcze w Polsce, dogadałyśmy się z ks. Michałem, dyrektorem wspólnoty salezjańskiej w Kabwe, na czym będą polegały nasze zadania.

Od ponad miesiąca zajmujemy się dekorowaniem i ,,ocieplaniem’’ wnętrza domu dziecka w Makululu. Ks. Michał nie lubi słowa ,,sierociniec’’. Woli to pierwsze określenie. Pragnie, żeby miejsce to stało się drugim domem. A właściwie pierwszym i często jedynym. Zaufał naszym zdolnościom artystycznym. A my bardzo zmotywowane, ochoczo wzięłyśmy się do pracy. 
Wspólnie, mężnie i profesjonalnie pracował z nami ks. Maciej, były dyrektor Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego. I tak w przeciągu miesiąca w sypialni chłopaków pojawiła się wesoła gromada postaci z bajek Walta Disneya, piesek gotowy do zabawy, żywa małpka, zwisająca z gałęzi oraz piękny model samochodu wyścigowego. Na szafach odpowiednio ozdobionych pojawiły się modlitwy ,,Ojcze nasz” i ,,Zdrowaś Maryjo” w języku angielskim oraz ,,Aniele Boże” w tutejszym języku – bemba. W ten sposób chłopcy będą mogli szybko nauczyć się rozmawiać z Bogiem Ojcem, Matką i aniołami. Główne miejsce przypada dla Maryi – Wspomożycielki wiernych. Z troską w oczach i prawdziwą miłością będzie spoglądać w kierunku śpiących chłopców.






Na korytarzu pojawił się wizerunek księdza Jana Bosko. Opiekuna tego domu. Ks. Michał śmieje się, że święty jest pulchny albo ma opuchniętą szczękę, ale podoba mu się poczciwość spojrzenia. Umieszczone obok słowa: ,,Wystarczy, że jesteście młodzi, abym Was bardzo kochał” są niezwykle ważne dla mieszkających tutaj chłopaków. Często wydaje im się, że nie zasługują na zainteresowanie, miłość, że nie mają nic do zaoferowania, dlatego zostali porzuceni przez rodzinę. Ksiądz Bosko i jego naśladowcy – salezjanie, dostrzegają w młodzieży piękno. Obdarzają bezinteresowną miłością i zaufaniem, które są jak woda i słońce dla roślin, pomagają wzrastać i ukazywać całemu światu własne bogactwo i wartość.


W jadalni zamieszkały wesoły hipcio i lew. Naprzeciw dumnie pręży swoją pierś majestatyczna żyrafa. A centralne miejsce przypada dla św. Dominika Savio. Jest przyjacielem i wzorem do naśladowania dla chłopaków. Obecnie zajmujemy się tworzeniem napisu głównego na froncie domu dziecka, czeka na nas także namalowanie pomocy dydaktycznych na w klasach.






Wraz z pomocą nauczycieli z Don Bosco School, urządziliśmy prowizoryczną klinikę. Miałam możliwość przebadać dzieci, podać witaminy, syrop na kaszel, zaopatrzyć ranę, przykleić plaster. Najwięcej roboty jest z grzybicą, głównie owłosionej skóry głowy. Co drugie dziecko na nią cierpi. Część z nich posiada tylko jaśniejsze plamy łuszczącej się skóry, drobne skupiska, nie wyglądające groźnie. Zdarzają się niestety także bardzo zaawansowane przypadki, gdzie cała skóra głowy pokryta jest strupami i bliznami. Po kilku dniach urządzania kliniki, która mieściła się w insace – czyli okrągłej budowli na zewnątrz, dzieci zapamiętały, do kogo mogą się zwracać. Od tej pory, w razie potrzeby, zaczęły przychodzić do nas małymi grupkami i pokazywać na ogolone główki – mówiąc cichutko ,,visisea’’ co oznacza grzybica. Z dumą prezentują nam swoje liczne rany, zadrapania i skaleczenia i czekają na wodę utlenioną, która dla nich w sposób magiczny pieni się i zmienia barwę na białą. Nie mam serca odmawiać tym, których rany są już zabliźnione i ku ich uciesze zakraplam tam trochę niezwykłego płynu.


Z badaniem dzieciaków wiąże się wiele zabawnych sytuacji. Niektóre z nich, były tak zaaferowane, czy przestraszone stetoskopem, że podczas osłuchiwania zapominały o oddychaniu. Miałam wtedy ochotę je przytulić. Z przerażeniem spoglądały na mnie swoimi dużymi, pięknymi oczami. Aga w tym czasie malowała kolorowymi farbami twarze dzieci, które czekały w kolejce.  Z pomocą malowideł przemieniła mnie w tygryska, żeby trochę ocieplić mój wizerunek i zmniejszyć lęk dzieci. Stwierdzam, że na niewiele to się zdało.
Dzieciom bardzo smakowały niektóre witaminy, syropy, elektrolity w pluszu czy preparaty na odporność, dlatego symulowały kaszel, katar, czy grypę. Miałyśmy swoje sposoby żeby to sprawdzić, ale każdemu z nich, ,,na pocieszenie’’ dawałyśmy słodką witaminę C. Potem, gdy tylko mnie zauważyły, jak jeden mąż zaczynały kichać, kasłać i robić obolałe minki. Jak ich nie kochać?!
Ze zwalczaniem grzybicy jest dużo roboty. Największą trudnością jest potrzeba kontynuowania leczenia przez cały miesiąc. Stosujemy szampony, wysuszające pudry i preparaty w kremie. Ale najważniejsze, że dzieci chcą przychodzić i są bardzo pomocne. Przyprowadzają młodsze rodzeństwo i kolegów. Przytrzymują główki, pomagają rozprowadzić szampon, z wielką powagą mówią ile należy czekać: ,,wait five minutes”. Ich próby naśladowania dorosłych są niezwykle urocze.



Poza tym robimy wszystko to, co jest potrzebne. Zadbałyśmy o trawnik i kwiaty, posiałyśmy warzywa w ogrodzie. Czasem upieczemy jakieś ciasto czy ciastka na potrzeby wspólnoty, uroczystość kościelną lub po prostu dla chłopaków. Czas swój dzielimy między Saint Mary’s Parish a Ichiloto – słowo to oznacza sen. Ks. Michał wcielił w życie jedno z marzeń św. Jana Bosko. Wielki teren w Makululu mieści w sobie szkołę, dom dziecka i oratorium. Miejsce to ma ogromny potencjał, a my staramy się być potrzebne.





No i najważniejsze, jesteśmy z nimi. Z chłopakami z domu dziecka, z dziećmi z oratorium. Staramy się dostrzegać ich potrzeby i odpowiadać na nie, a przy tym wiele się uczymy. Wchodzimy w inny świat. W świat miłości.


Martyna

czwartek, 3 sierpnia 2017

Ching’ombe na końcu świata

Jedną z najpiękniejszych wycieczek, którą odbyłyśmy, była wyprawa do Ching’ombe. W linii prostej z Kabwe nie tak daleko, trasę można by pokonać w 3-4h. Ale koniec z myśleniem europejskim. W Afryce to droga ważniejsza jest niż odległość. Wybiera się trasy przejezdne na daną chwilę. Wraz z przystankami i posiłkiem, jazda trwała cały dzień. Jazda też nie jest najwłaściwszym słowem, bo nie oddaje głębi i bogactwa przeżyć, których doznałyśmy. Był to proces, przemiana wewnętrzna, podróż w głąb nieznanego.

Szybka decyzja, nadarzyła się okazja, więc trzeba było ją wykorzystać. Wciąż jeszcze świeże, niezmęczone, pachnące Polską, usłyszałyśmy, że jedziemy na kilka dni do buszu. Ugości i przetransportuje nas polski misjonarz – ks. Wojtek. Niezwykle pozytywny, dowcipny, inteligentny i zaradny człowiek.




Umieszczono nas na pace, która była częścią ogromnego samochodu. Maszyna ta nie tyle jechała, co pożerała drogę, tratowała drzewa, przecinała rzeki. W takiej kompanii nawet busz nie wydawał nam się straszny.

Otoczone tysiącem rzeczy, solidnie umocowanych, by przetrwały podróż, wyruszyliśmy. Po pewnym czasie asfaltowa droga ustąpiła szerszej, piaszczystej. Łagodne falowanie samochodu, piękne rośliny, wciąż zielone drzewa otoczone wyschła trawą, zapachy ziół, spalonej trawy, wiatru cieszyły nasze zmysły. Wszechobecny, rudawy pył ziemi tańczył w promieniach słońca i wzbijał się nad każdą dziurą, w którą wpadał samochód. Czułam się jak na statku, łagodnie niesiona przez fale, naprzeciw przygodzie.

Afrykańskiego nieba nie sposób porównać z żadnym innym. Ma w sobie niezwykłą głębię, przestrzeń, inny poziom nasycenia barw. Jego wygląd zmienia się dramatycznie dwa razy w ciągu doby, o świcie i wieczorem. Gdy jechałyśmy już późną nocą, wystarczyło podnieść głowę i spojrzeć do góry, by znaleźć się w innym świecie. Rozświetlone niebo miało w sobie coś hipnotyzującego. Dawało wrażenie zarówno bardzo bliskiego, na wyciągnięcie ręki, jak i odległego, tajemniczego i niedostępnego. Miliony gwiazd wypełniały każdą wolną przestrzeń, przemieszczały się, zlewały i rozszczepiały.

Wiatr zrobił się chłodny, przynosił zapachy ognisk, przyrządzanego jedzenia, głosy ludzkie, muzykę, śpiew owadów. Krajobraz pozbawiony promieni słonecznych wydawał się bardziej dziki, nieokiełznany przez człowieka. Drzewa posępnie zwieszały gałęzie, nad wszystkimi królowały majestatyczne baobaby. Zastanawiałam się jak dużo tajemnic, dzikich zwierząt, niebezpieczeństw skrywa w sobie wysoka, sucha trawa słoniowa.

Dojechaliśmy na miejsce po północy. Miejsce malownicze, niedostępne dla każdego, bo otoczone górami, dlatego też tak bardzo atrakcyjne i dziewicze. Doskonale pamiętające swoich dobrodziejów -  jezuitów, ks. Kardynała Adama Kozłowieckiego.
Przyszło nam spać na szycie góry, w domku wolontariuszy. Nie byliśmy sami, w nocy słychać było chichot hieny, a po ścianach chodziły niemałe, płaskie pająki.

Widok gór o wschodzie słońca, który następował dokładnie o 6.28, zapierał dech w piersiach. Ogromna tarcza słoneczna początkowo leniwie i nieśmiało wychylała się zza wierzchołków, by po chwili zdecydowanie już zwiastować początek nowego dnia, początek życia.

Nieduży kościół, szkoła prowadzona przez Blue Sisters, budynki parafii i rozległe, żywo zielone pola fasoli, często odwiedzane przez pawiany i inne małpy, tworzyły harmonijną całość. Dalej, wzdłuż drogi mieściła się klinika, otwierana tylko w razie potrzeby, oraz chatki tutejszego plemienia – Lala.



Miałyśmy okazję przedzierać się przez busz, pływać w wodospadzie, oglądać gorące źródła, jeść mięso krokodyla. Podczas pomagania w karczowaniu drogi, czyli wyschniętego dna rzeki, zobaczyłyśmy antylopy, zebrę, małpy – w tym bardzo liczne pawiany oraz piękne, kolorowe ptaki oraz tylko ślady hipopotamów i krokodyli.










Droga powrotna stała się dla nas prawdziwie survivalowym wyczynem. Wracaliśmy krótszą, bardziej malowniczą ale wymagającą, górską trasą. Nie wystarczyło trzymać się rękoma, używałyśmy do tego także nóg, a i tak przez większość czasu nasze ciała skakały w powietrzu.






Tak bajkowe, niezepsute i niezagłuszone przez cywilizację miejsca, przesiąknięte żywą historią, zaczynają należeć w Afryce do rzadkości. Zdajemy sobie sprawę, jak wielkie miałyśmy szczęście, że mogłyśmy tam przez kilka dni mieszkać.
Martyna 

środa, 12 lipca 2017

Afryka od pierwszego wejrzenia

Ludzi jest pełno. Już o godzinie 6 rano Kabwe tętni życiem. Wszyscy gdzieś spieszą. Dzieciaki w starannie przygotowanych mundurkach podążają równym krokiem do szkoły. 

Na poboczu kwitnie handel. Obok tak zwanego sklepu meblowego, czyli rozłożonych na piachu łóżek, leżą płyty nagrobkowe. Co chwila spotyka się budki przydrożne, z warzywami, owocami czy nawet rzeczami, które dla nas – białych wydawałyby się śmieciami, nieposiadającymi wartości. W powietrzu wyczuwa się zapach palonej trawy i ziół, który wraz z unoszącym się, czerwonawym pyłem piasku przydrożnego tworzy niesamowitą aurę.





Klimat pomimo pory zimowej jest dla nas przyjazny. Podobny do tego w Polsce. Rankiem wita nas delikatny chłód, ale gdy tylko wstanie słońce, a następuje to momentalnie, około godziny 6.30, zaczyna robić się coraz cieplej. Ludzie ubierają się przeróżnie, większość podobnie jak my, w Europie, z tym, że bardziej lubują się w kolorach jaskrawych, pełnych życia. Kobiety natomiast noszą piękne, zdobione, barwne chitenge – są to duże kawałki materiału, o najrozmaitszych funkcjach – tutaj w większości występują jako spódnice lub nosidełka dla dzieci. Każdy stara się zrobić coś z niczego. Nawet jeżeli nie stać go na ubranie, okryje się kawałkiem materiału, torebkami plastikowymi. Trzeba mieć niemało odwagi, samozaparcia     i pomysłowości, żeby przeżyć z dnia na dzień.






Pozytywnie zaskoczyła nas otwartość Zambijczyków. Dwie białe Polki – tzw. Muzungu zwracały na siebie uwagę. Ale było to raczej czyste zaciekawienie, niż niechęć. W drodze pozdrawiano nas i witano uśmiechem. Brak jest anonimowości. Każdy z uśmiechem na twarzy woła: Good morning. How are you?

Na ulicach panuje gwar, przeplatają się głosy, śmiechy, krzyki, głośna muzyka          i odgłosy jadących samochodów. Miasto tętni życiem do późnej nocy.

Martyna i Aga

czwartek, 6 lipca 2017

18 godzin

3 lipca rozpoczęłyśmy podróż w nieznane. Docelowo znałyśmy miejsce naszego pobytu, jednak nie wiedziałyśmy, czego możemy się spodziewać ze strony mieszkańców Kabwe, misjonarzy oraz dzieci.

Będąc jeszcze w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie, otrzymałyśmy specjalne błogosławieństwo podczas Mszy Św. Dopiero wtedy poczułyśmy, jak duża odpowiedzialność na nas spoczywa, ale też, jak cenny dar otrzymałyśmy. Teraz to my mamy świadczyć o Jezusie Chrystusie, być posłuszne słowom Psalmu: ,, Idźcie i głoście światu Ewangelię”.

W czasie pobytu w ośrodku i wielokrotnym przepakowywaniu walizek, miałyśmy okazję rozmawiać z wieloma byłymi wolontariuszami oraz misjonarzami. Ich oczy świeciły radością i tęsknotą, gdy przypominali sobie chwile spędzone w Afryce. Już to dodawało nam otuchy i napełniało przekonaniem, że chwile spędzone na placówce będą niezapomnianym czasem w naszym życiu.

Całkowita podróż trwała ok. 18 godzin. Pierwsza przesiadka miała miejsce we Frankfurcie, gdzie dałyśmy radę szybko się przesiąść dzięki ogarnięciu Ks. Macieja. Najdłuższy lot, pomiędzy Frankfurtem a stolicą Etiopii, w większości przespałyśmy. Zaskoczyły nas smaczne posiłki oraz uroda młodziutkich stewardes z Etiopii.

Na lotnisku mieniło się od wielokulturowości. Spotkałyśmy zarówno ludzi w nowoczesnych, eleganckich garniturach, jak i w tradycyjnych, kolorowych, plemiennych strojach.



Po krótkim czasie rozpoczęłyśmy ostatni lot w kierunku zambijskiej ziemi. Uderzył nas ogrom przestrzeni, płaskich, rozciągających się i niezagospodarowanych terenów. Po kontroli żółtych książeczek ze szczepieniami przyszła kolej na kupno wiz turystycznych. Tutaj dopiero poczułyśmy afrykański styl bycia, pełną radosnego zamieszania dezorganizację. Ciężko było także zrozumieć tutejszy akcent, ale przyjazne usposobienie Zambijczyków, uśmiech na twarzy i cierpliwość wobec turystów dodawały nam odwagi.




Zwieńczeniem podróży było przywitanie się z Ks. Michałem Wziętkiem - dyrektorem placówki salezjańskiej w Kabwe i naszym opiekunem podczas wolontariatu misyjnego. Jego uśmiech na twarzy, mocny uścisk i ciepło bijące z wewnątrz zdawały się być dobrym znakiem na resztę pobytu w Afryce.

Aga i Martyna

niedziela, 2 lipca 2017

Dziękować nie przestanę

Wylot na misje z pewnością nie jest prostą sprawą. Trzeba ogarnąć wiele aspektów organizacyjnych, kwestii finansowych i innych. No ale przede wszystkim konieczny jest cel i wizja działania, które chce się podjąć na placówce. Te rzeczy rodzą się w człowieku, który zostanie odpowiednio przygotowany, to znaczy przejdzie właściwą formację.
Właśnie za to chciałam podziękować Salezjańskiemu Ośrodkowi Misyjnemu w Warszawie. Księża, siostry zakonne, koordynatorzy i wolontariusze pomagali wzrastać nam w wierze, dojrzewać, poznawać problemy ludzi z najuboższych zakątków Ziemi, otwierać się na drugiego człowieka. Ośrodek ten w ciągu ostatniego roku stał się dla nas prawdziwym domem.




http://misjesalezjanie.pl/nasz-zespol/ 


Nieocenionym i zaskakującym wsparciem wykazali się także moi rodzice. Spodziewałam się większych trudności w przekonywaniu ich do wizji mojego wyjazdu. Tym bardziej, że studiuję na drugim końcu Polski i nie jestem częstym gościem we własnym domu.
Ich pomoc nie tylko ułatwiła mi ogarnięcie całego rozgardiaszu pakowania się, ale, co najważniejsze, utwierdziła mnie w przekonaniu, że moja decyzja jest słuszna. Szczególnie moja mama wie, jak dużo jej zawdzięczam, od pomocy w znalezieniu środków finansowych, po wymyślenie nazwy bloga :)

Kolejne ukłony kieruję w stronę Pana Dariusza Szustka - Burmistrza mojego rodzinnego miasta - Łukowa. Bez wahania zadeklarował się pokryć koszty biletu lotniczego. Dzięki temu mogę przeznaczyć odłożone na ten cel środki na potrzeby dzieci i młodzieży slumsów w Makululu.

Jako studentka medycyny, pragnę także nieść pomoc medyczną mieszkającym tam ludziom. Umożliwili mi to między innymi studenci mojej uczelni - Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu, którzy hojnie wsparli zorganizowaną zbiórkę leków i sprzętu medycznego.








Tak duże zaangażowanie wielu ludzi stanowi dodatkową motywację do oddania się powierzonej mi pracy w 100%.
Martyna

sobota, 1 lipca 2017

Do wylotu 2 dni...

Wszyscy pytają mnie, czy się nie boję. Czy nie obawiam się przeskoku kulturowego, bariery językowej, chorób tropikalnych i mnóstwa niebezpieczeństw, bo przecież ,,Afryka to nieznany i dziki kontynent ..." ?

Nie. Odpowiadam przecząco. Raczej nie należę do chojraków, nie żyję w sposób nieodpowiedzialny czy naiwny, ale wiem, jak zachować się w różnych sytuacjach, potrafię przewidywać konsekwencje no i przede wszystkim nie będę skazana na samą siebie. Będą otaczać mnie dobrzy ludzie, przyjaciele, w każdej chwili gotowi ruszyć z pomocą. Ale o nich w innym poście. Teraz chciałabym napisać o tym, co mnie porusza, co napełnia mnie lękiem.

Boję się swojej niemocy, bezsilności w spotkaniu z drugim Człowiekiem. Czy posiadam ,,narzędzia", dzięki którym będę w stanie mu pomóc? A może to On bardziej pomoże mi...

Przypomina mi się sytuacja z pierwszych spotkań w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie. Pisemnie trzeba było odpowiedzieć na kilka pytań. Pozornie błahostka. Do czasu... Pytanie ,,dlaczego chcesz jechać na misje?" pozwoliło mi zrozumieć, jak dużo ja sama oczekuję od tego wyjazdu. I nie chodzi o to, ile mogę dać, ale raczej o to, ile zyskam. Otóż to, zyskam bogactwo niematerialne, wewnętrzną dojrzałość, inne spojrzenie na świat, otworzę szeroko oczy i dopiero teraz zobaczę to, co do tej pory, nie tylko było dla mnie zakryte, ale nawet nie istniało.

Liczę, że wyjazd ten będzie dla mnie ,,wyjściem z europejskiego zaduchu, z ciasnego przedsionka, umeblowanego z przepychem, ale bez gustu". Wierzę, że zobaczę świat, takim, jakim stworzył go Bóg.  Świat prawdziwy, świadomy swoich słabości, ale też przekonany o swoim pięknie, pozbawiony sztucznego dążenia do ideału, otwarty na człowieka, traktujący różnorodność i indywidualizm jako cenny dar.

Przez okres najbliższych 3 miesięcy będę wraz z Agnieszką prowadziła tego bloga. Mam nadzieję, że nasze wewnętrzne dojrzewanie będzie widoczne w każdym kolejnym poście.

Martyna